Jeszcze dzisiaj i jutro i jutro i koniec. Znaczy na jeden dzień koniec. Chyba się zaczynam przyzwyczajać, znaczy godzić się na mój nowy cykl życiowy, który daje mi jedną marną sobotę w miesiącu wolną i dwie marne niedziele. Koniec świata.
A poza tym - walka. Koniec miesiąca. Narazie w tym tygodniu przegrywamy kolejne bitwy i tą końcową też przegramy (właściwie to już przegrałyśmy), ale zrobimy taki sabotaż, że nikt nie zauważy tej klęski. A nawet będzie myślał, że się udało. Dużo pracy przed nami. Oj dużo. Przede mną tydzień mniej, bo pewnego ranka poniedziałkowego oznajmiłam... proszę o wolne. I dostałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz