Otóż mamy wrzesień szanowni państwo (dobrze by było pisać co miesiąc), kot przytulił mi się do nogi, jest sobota, jestem sama w domu, jest brak alkoholu. Wiiiiiina, wiiiina, wiiiina dajcie..... Ostatnio męczę białe wino biedronkowe, całkowicie udane (tj. nie trafiłam jeszcze na nie udane), toteż polecam.
Wkradła mi się dzisiaj do głowy niebezpieczna myśl co by udziergać coś na kształt małego uzewnętrznienia. Pisanie jak zauważyłam ostatnimi czasy stanowi całkiem całkiem niezłą raz rozrywkę, dwa terapię. Terapii potrzebuję, terapię każdą chłonę.
Ad 1 - terapia książką - zakupiłam w dniu dzisiejszym w sieciówkowej księgarni (nawiasem mówiąc bywam w niej codziennie ostatnio) po bardzo nieokazyjnej cenie książkę Amelie Nothomb "Zabić ojca" czy coś. Lubię AN szybko się ją czyta, inspiruje mnie do prostych, ale dziwnych historii. Więc terapię książką połączyłabym z terapią ciszą.
Ad 2 - terapia ciszą - z powodu takiego że ostatnio ciężko w pracy, a także polały się łzy (nie w pracy, przez mojego ukochanego rodziciela) terapia ciszą byłaby jak najbardziej in dzisiaj.
Ad 3 - terapia serialem - Boże skończyłam Shameless i wiem że nie chciałam się wciągać w żadną nową historię (nawet pomysłu na nią brak) to jednak jestem nałogowcem i MUSZĘ COŚ WZIĄĆ AMERYKAŃSKIEGO NAJCHĘTNIEJ (wstyd przyznać ostatnio rzygam brytolami - da się).
Ad 4 - terapia pisaniną - w zeszły weekend moja ulubiona szczególnie w połączeniu z terapią chorej wyobraźni (tak, w zeszły weekend miałam płodny okres - sprawdziłam). Pisałam głupoty, jak zwykle zresztą, ale o to przecież chodzi. O pisanie, w ogóle.
Ad 5 - terapia wyobraźnią - na ogół kiedy się włącza nie potrafię jej powstrzymać, ale czasem wykorzystuję tą "wadę" i przekuwam ją w "zaletę" ;) if you know what i mean. Mój obiekt główny z tego świata - mjut na moją chorą sytuację konkubinowo-życiowo-pracową, Czytaj: przez chwilę nie czuję się beznadziejnie - robię to nawet podczas badania słuchu. Czy to nie zwiastuje jakiejś choroby psychicznej w przyszłości?
Ad 6 - terapia hajfeszyn - elle, harpers, hm leżą sobie obok mnie i czekają, podobnie jak najnowszy katalog ikea.
Ad....
Nie od uwierzenia ale mogłabym tak pisać i pisać. Terapia zakupami w rossmanie, terapia wifi, terpaia spotify, terapia słonym karmelem, terapia wąchaniem książek z biblioteki, terapia domem rodzinnym, terapia oglądaniem telewizora, terapia "Powrotem do Edenu", terapia pastelami, ołówkiem, tabletem graficznym (jestem szczęśliwą posiadaczką Pentagrama!)....
Wniosek: muszę być bardzo chora, albo bardzo odporna na leki.
Kończę na dziś.
co by dać upust swym frustracjom
20140913
20140622
Nowosti
Z racji takiej, że od jakichś sześciu miesięcy cieszymy się zupełnie nowym i ultra szczęśliwym dwutysięcznymczternastym rokiem czas to miejsce trochę zaktualizować.
Co nowego, mianowicie? Jakieś śluby? Narodziny potomków? Budowy domów? Otóż nie. Stagnacja, nuda, przyzwyczajenie, frustracja. Takie rzeczy. I teraz się zacznie. Potok narzekań i użalań:
-> jak to niewiarygodnie i do bólu nieszczęśliwa jestem
-> jakie mam popieprzone życie
-> jak głupia i naiwna jestem
-> jak nienawidzę wszystkiego i wszystkich
-> etc., etc.
Milczę, bo nie wiem co powiedzieć. Zaiste, jak zawsze, jak zwykle, jak codzień właśnie chciałam to zrobić. Wylać potok goryczy jak to kolejna i kolejna rzecz mi się nie udała (właśnie spaliłam ciasteczka - sic!).
I co? I mi głupio. I znowu mi robi się siebie żal, bo jestem taka beznadziejna - o! Bo nawet jakbym się cholernie mocno postarała to nie przypomnę sobie żadnej rzeczy pozytywnej w swoim życiu. Jak to zrobić skoro co rusz orientuję się, że znów się nie udało i nie udało i nie udało.
Lenistwo, może to moja zgaga. I tchórzostwo. Brak umiejętności spojrzenia w głąb siebie i powiedzenia sobie - tak! jestem nieszczęśliwa - wszystkie znaki na ziemi i niebie o tym mówią. Ba! One wrzeszczą o tym! Ale nie, nie chodzi mi znów o użalanie się tylko o coś zgoła innego - coś na co nigdy, przenigdy się nie zdobędę bo jestem nie tylko głupkiem, ale jestem tchórzliwym głupkiem. Opuszczenie mini comfort zone? Oł noł noł - are you mad??
Nie wychodzi mi nawet ten post. Chciałam pisać bez smutku i sarkazmu. Nie umiem.
Co nowego, mianowicie? Jakieś śluby? Narodziny potomków? Budowy domów? Otóż nie. Stagnacja, nuda, przyzwyczajenie, frustracja. Takie rzeczy. I teraz się zacznie. Potok narzekań i użalań:
-> jak to niewiarygodnie i do bólu nieszczęśliwa jestem
-> jakie mam popieprzone życie
-> jak głupia i naiwna jestem
-> jak nienawidzę wszystkiego i wszystkich
-> etc., etc.
Milczę, bo nie wiem co powiedzieć. Zaiste, jak zawsze, jak zwykle, jak codzień właśnie chciałam to zrobić. Wylać potok goryczy jak to kolejna i kolejna rzecz mi się nie udała (właśnie spaliłam ciasteczka - sic!).
I co? I mi głupio. I znowu mi robi się siebie żal, bo jestem taka beznadziejna - o! Bo nawet jakbym się cholernie mocno postarała to nie przypomnę sobie żadnej rzeczy pozytywnej w swoim życiu. Jak to zrobić skoro co rusz orientuję się, że znów się nie udało i nie udało i nie udało.
Lenistwo, może to moja zgaga. I tchórzostwo. Brak umiejętności spojrzenia w głąb siebie i powiedzenia sobie - tak! jestem nieszczęśliwa - wszystkie znaki na ziemi i niebie o tym mówią. Ba! One wrzeszczą o tym! Ale nie, nie chodzi mi znów o użalanie się tylko o coś zgoła innego - coś na co nigdy, przenigdy się nie zdobędę bo jestem nie tylko głupkiem, ale jestem tchórzliwym głupkiem. Opuszczenie mini comfort zone? Oł noł noł - are you mad??
Nie wychodzi mi nawet ten post. Chciałam pisać bez smutku i sarkazmu. Nie umiem.
20130921
Nie do wiary...
Uzbrojona w alko (dzisiaj szef kuchni poleca nalewkę z aronii) i czipsy solone (moje ulubione) no name sięgnęłam po klawiaturę z zamiarem wyplucia z siebie paru zdań. Może się uda. W zasadzie robię to nie że tęsknie za pisaniem, ani za pisaniem pamiętnika, ani za blogiem. Myślę, że chcę wprowadzić taką jedną złotą radę, którą na jakimś portalu pisarskim przeczytałam, mianowicie żeby pisać, codziennie, cokolwiek, ale żeby pisać. Ale główny powód jest taki, że chcę sama sobie pokazać, udowodnić w zasadzie, że potrafię i że może nie to, że mam talent, ale jakąś tam żyłkę do pisania to i owszem. Ten blog pełen jest tekstów, krótkich bo krótkich, ale zawsze to jakiś utrwalony fragment mojego życia. Parę całkiem dobrych tekstów, no może zdań, a nie tekstów, by się tu znalazło, ale zdaję sobie sprawę z tego, że większość to shit. No i co z tego, gringo? (jestem świeżo po obejrzeniu kilku odcinków serialu "the bridge" gdzie akcja toczy się trochę w meksyku, trochę w usa),
Ad rem, większość ludzi którzy mnie znają, mniej lub więcej, ale mam właściwie na myśli tą grupę od "więcej", na moje orzeczenie, iż mam zamiar od października studiować dziennikarstwo postukałoby się w głowę i powiedziało coś w stylu "no way", "what the fuck", "omg", "że co?" Że niby co ja mam wspólnego z dziennikarstwem? No właściwie to nic, z dupy pomysł jakby to określiła pewna bliska mi osoba. A mimo to, po kilku dniach intensywnego myślenia 24/7, kilkudniowego bólu żołądka ze stresu, wielu rozmowach z bliskimi (rodzina, S., matka polka), i niekoniecznie (klientka) wysłałam aplikację, zapłaciłam opłatę rekrutacyjną, i właśnie czekam na zakwalifikowanie (lub nie) do przyjęcia na studia. Czy dobrze zrobiłam? Myślę że tak, myślę że jest całkiem sporo plusów tej decyzji, przede wszystkim potrzebuję czegoś nowego, a że chcę się uczyć spróbuję z czymś co choć trochę mnie interesuje czyli pisanie, potrzebuję oddechu, odskoczni, wiedzy na temat konstrukcji zdań, tekstu, oczywiście nie cierpię na nadmiar czasu wolnego, dużo podróżuję (komunikacją miejską) - uwierzcie mi półtorej godziny dziennie w jedną stronę to naprawdę dużo, mam wolne weekendy na które zwykle czekam z utęsknieniem, ale i tak ten czas marnotrawię, zamiast się rozwijać to stoję w miejscu, czyli cofam się. Naprawdę tak właśnie to czuję, to nie banał. Potrzebuję czegoś nowego.
Tak, to niepodobne kompletnie do mnie, jako dziecka z lekkim zespołem Aspergera (znów ten "the bridge"), nie cierpię, nie znoszę zmian, ciężko mi poznawać nowych ludzi, ciężko mi zawierać nowe znajomości, unikam sytuacji "wyjścia do ludzi" - moja praca nie ma tu nic do rzeczy, proszę mi nie przypominać, że przecież mam świetny kontakt z klientem więc skąd ten bullshit, który właśnie wypluwam.
A jednak, mimo niechęci do zmian, do ludzi, mimo tak naprawdę braku czasu zdecydowałam się. I będzie mi bardzo przykro jeśli się nie uda, jeśli mnie nie przyjmą albo sama stchórzę, tak jak ostatnim razem to zrobiłam.
Co do politechniki to tylko nadmienię, że może i dobrze się stało, bo znów musiałabym się uczyć jakiegoś gówna biologicznotechnicznego więc byłabym i tak nieszczególnie z tym szczęśliwa. Mogę ten fakt jednak wykorzystać mówiąc co poniektórym osobom, które niekoniecznie dobrze mi życzą, że dziennikarstwo to taki mój nowy kaprys. A niech sobie potem myślą i mówią co chcą.
Muszę wreszcie pomyśleć o sobie, muszę wdrożyć funkcję asertywności w moim jestestwie.Musze zadbać o siebie, o swoje zdrowie psychiczne, o swoje pasje, o swoje szczęście, muszę w końcu znaleźć tą swoją niszę. Może to tutaj. Może pisanie to moje eldorado. Może radio, może prasa, może własna twórczość. A może wszystko naraz. Gdzieś kiedyś przeczytałam: "nie ważny cel, ważna droga", więc idę, zobaczę gdzie mnie to zaprowadzi. Mój wybór dotyczy tylko mnie i tylko ja będę ponosiła jego konsekwencje. Z Bożą pomocą, będzie dobrze.
Ad rem, większość ludzi którzy mnie znają, mniej lub więcej, ale mam właściwie na myśli tą grupę od "więcej", na moje orzeczenie, iż mam zamiar od października studiować dziennikarstwo postukałoby się w głowę i powiedziało coś w stylu "no way", "what the fuck", "omg", "że co?" Że niby co ja mam wspólnego z dziennikarstwem? No właściwie to nic, z dupy pomysł jakby to określiła pewna bliska mi osoba. A mimo to, po kilku dniach intensywnego myślenia 24/7, kilkudniowego bólu żołądka ze stresu, wielu rozmowach z bliskimi (rodzina, S., matka polka), i niekoniecznie (klientka) wysłałam aplikację, zapłaciłam opłatę rekrutacyjną, i właśnie czekam na zakwalifikowanie (lub nie) do przyjęcia na studia. Czy dobrze zrobiłam? Myślę że tak, myślę że jest całkiem sporo plusów tej decyzji, przede wszystkim potrzebuję czegoś nowego, a że chcę się uczyć spróbuję z czymś co choć trochę mnie interesuje czyli pisanie, potrzebuję oddechu, odskoczni, wiedzy na temat konstrukcji zdań, tekstu, oczywiście nie cierpię na nadmiar czasu wolnego, dużo podróżuję (komunikacją miejską) - uwierzcie mi półtorej godziny dziennie w jedną stronę to naprawdę dużo, mam wolne weekendy na które zwykle czekam z utęsknieniem, ale i tak ten czas marnotrawię, zamiast się rozwijać to stoję w miejscu, czyli cofam się. Naprawdę tak właśnie to czuję, to nie banał. Potrzebuję czegoś nowego.
Tak, to niepodobne kompletnie do mnie, jako dziecka z lekkim zespołem Aspergera (znów ten "the bridge"), nie cierpię, nie znoszę zmian, ciężko mi poznawać nowych ludzi, ciężko mi zawierać nowe znajomości, unikam sytuacji "wyjścia do ludzi" - moja praca nie ma tu nic do rzeczy, proszę mi nie przypominać, że przecież mam świetny kontakt z klientem więc skąd ten bullshit, który właśnie wypluwam.
A jednak, mimo niechęci do zmian, do ludzi, mimo tak naprawdę braku czasu zdecydowałam się. I będzie mi bardzo przykro jeśli się nie uda, jeśli mnie nie przyjmą albo sama stchórzę, tak jak ostatnim razem to zrobiłam.
Co do politechniki to tylko nadmienię, że może i dobrze się stało, bo znów musiałabym się uczyć jakiegoś gówna biologicznotechnicznego więc byłabym i tak nieszczególnie z tym szczęśliwa. Mogę ten fakt jednak wykorzystać mówiąc co poniektórym osobom, które niekoniecznie dobrze mi życzą, że dziennikarstwo to taki mój nowy kaprys. A niech sobie potem myślą i mówią co chcą.
Muszę wreszcie pomyśleć o sobie, muszę wdrożyć funkcję asertywności w moim jestestwie.Musze zadbać o siebie, o swoje zdrowie psychiczne, o swoje pasje, o swoje szczęście, muszę w końcu znaleźć tą swoją niszę. Może to tutaj. Może pisanie to moje eldorado. Może radio, może prasa, może własna twórczość. A może wszystko naraz. Gdzieś kiedyś przeczytałam: "nie ważny cel, ważna droga", więc idę, zobaczę gdzie mnie to zaprowadzi. Mój wybór dotyczy tylko mnie i tylko ja będę ponosiła jego konsekwencje. Z Bożą pomocą, będzie dobrze.
20130104
A piece of new II
A piece of new II
Cokolwiek napisz, ale napisz. Dobra, nie wypada żeby wejść, przelecieć oczkami teksty, zszokować się że pierwsze teksty są uwaga! z 2009 r. i wyjść cichaczem. Nie ma tak!
Odniosę się więc zatem do zeszłorocznego "A piece of new" i w telegraficznym (bo lenistwem grzeszę) skrócie przedstawię co jak i gdzie.
A więc... (w dupie mam że się nie zaczyna od awienc, proszę mnie nie poprawiać!).
ad 1. Zimy brak, był jakiś mały ślad miesiąc temu czy półtora, ale nikt już dzisiaj tego nie pamięta, a raczej powie że dawno i nieprawda. Ogólnie jeżeli chodzi o aurę to kupa wielka w tym temacie. Deszcz jakieś dwa stopnie na plusie i szarość rządzi. Taka szarość że dzisiaj cały dzień czytając książkę miałam wyrzuty sumienia że wzrok niszczę korzystając ze światła dziennego. Tak być nie powinno.
Inna rzecz, dlaczego "cały dzień" i dlaczego "czytając". Otóż drodzy mili przebywam na zwolnieniu lekarskim, tzw L4 z przyczyn chorobowych o których nie chce mi się pisać, bo nie jestem jeszcze w tym wieku by się takimi rzeczami chwalić. Było źle, teraz już powoli lepiej, ale kombinuję jak przedłużyć wolne. Świat się wali, biorąc pod uwagę mój pracoholizm, ale prawie pięć lat w branży robi swoje. O tym temacie dopiero nie chce pisać, więc udajmy że to tylko maluśka dygresja.
Nie mogę pozbyć się za to chęci ujawnienia iż w skład mojej garderoby weszły przepiękne polskie skórzane butki z wełnianym futerkiem w środku i nikt takich nie ma, bo niesieciówkowe, więc ohydne kloszardy narazie pofruneły w otchłań zapomnienia, może przy minus dwudziestu je wyciągnę, bo wtedy są niezrównane. A poza tym mam przefajną kurtkę, jasną, grubą, a nie galerianowy brezent z demobilu, choć mam do niego sentyment i pewnie nieraz go jeszcze na krzyż nałożę. Suma sumarum chciałam podkreślić że prowadzę się lepiej. ĄĘ - w ostatnim pół roczu nabyłam li i jedynie trzy pary butów skórzanych. I jestem z tego dumna. Idziemy dalej.
ad 2. Praca j.w. Ogólnie - niewyobrażalny absurd więc szkoda prądu, bo teraz to już sama za niego płacę więc wiem. Znaczy za prąd płacę.
ad 3.A propos majątku, pisać o pralce? Lodówce? Łóżku? Kocie Albercie? Dzieje się. 2012 pod względem powiększania majątku przoduje od 1983 r. Mogłabym powiedzieć że super, że bombowo jest, że jestem przeszczęśliwa, że ubiegły rok był najlepszy ze wszystkich, że spełniają się moje marzenia (wtf?), że książę z bajki i w ogóle. Ale nie napiszę. Ile łez w tym roku było... też nie napiszę. Choć to bardziej w moim stylu.
ad 4. Ceremonia corocznego oglądania oscarowych filmów - hmm.. cieszę się że sobie o tym przypomniałam. Wtedy obejrzałam malutko, chyba nawet na tych co tu wymieniłam stanęło, ale spróbuję i w tym roku.
ad 5. A książki? W zeszłym roku 26 sztuk. W 2010 - 25 sztuk. No to nie mam wyjścia, w tym 27 :)
ad 6. xoxo
20120215
100 lat
Otworzyłam blog, ale nie wiem tak naprawdę co tu napisać, co chcę napisać. To, że pewne rzeczy nigdy, przenigdy się nie zmieniają? I że 29 lat byłam samotna i nadal jestem? Mimo, że wokół wspaniali ludzie..
Dzisiaj zdmuchując świeczki pomyślałam sobie życzenie. Nie powiem jakie, bo boję się że zapeszę i się nie spełni i się okaże że przeze mnie. Powiem tylko że ono praktycznie nie ma wiele ze mną wspólnego, nie myślałam o sobie, myślałam o innych. Wybrałam innych. Nie siebie.
Tylko dlaczego jestem tutaj teraz sama?
Dzisiaj zdmuchując świeczki pomyślałam sobie życzenie. Nie powiem jakie, bo boję się że zapeszę i się nie spełni i się okaże że przeze mnie. Powiem tylko że ono praktycznie nie ma wiele ze mną wspólnego, nie myślałam o sobie, myślałam o innych. Wybrałam innych. Nie siebie.
Tylko dlaczego jestem tutaj teraz sama?
20120203
A piece of new.
Przychodzi taki czas, że trza coś naszkrobać, skoro już tu weszłam, poczytałam, zbudowałam się myślą jaka fajna ze mnie dziołcha, a nikt o tym nie wie. Mogę coś więcej od siebie rzucić. Ale leniwiec we mnie podpowiada, wybierz formę krótką acz treśiwą, w telegraficznym, teleekspresowym skrócie będzie dzisiaj, bez zbędnego rozbuchanego słownictwa dowodzącego wysokiej inteligencji i elokwencji.
ad 1. Zima uderzyła jak jasna cholera, w biały dzień słupek rtęci wskazał ni stąd ni zowąd -25 stopni w skali pana Celsjusza. Czapka, szal, dwa swetry w tym jeden wełniany, kaptur z futrem, dżinsy, rajtuzy (rozważyć trzeba dwie warstwy tych ostatnich), buty typu kloszard, rękawice bokserskie. Szczerze? Na dworze daje radę ten system. Z tramwajami nie wypala. Trzeba nad tym popracować.
ad 2. Pracę sobie podaruję z opisem, bo praca to tylko w godzinach pracy i nie że boli, czas się tego nauczyć, tego w sensie szacunku do siebie. Praca to praca, Agnieszka to Agnieszka. Generalnie niech podsumowaniem będzie stwierdzenie: w pracy - jak zwykle. Bez zmian. Raz lepiej raz gorzej, emocji nie brakuje. Dobra, miałam pominąć temat.
ad 3. Od 1 lutego powiększyłam swój majątek, do wspomnianych już na tym blogu: suszarki ,ekspresu do kawy i depilatora między innymi, czas dorzucić mieszkanie, a konkretnie połowę mieszkania. Tak. Jestem bogata. Nie sądziłam, że kiedyś to nastąpi, aż się boję następnego kroku :P.
ad 4. Ceremonia corocznego oglądania oscarowych filmów zainaugurowała się również jakoś tak w zeszły tydzień. NA bilansie mam dopiero 3 filmy, ale staram się. Ogółem lista liczy 23 filmy (jeden nieoscarowy - "Rzeź" Polańskiego). Będziem obserwować czy wytrwam w postanowieniu i ile uda mi się obejrzeć do Gali.
ad 5. A książki? Ależ Ty wariatko uwielbiasz konkursy i rankingi... No już 7 przeczytanych w tym roku, idziemy jak burza :P
ad 6. Więcej grzechów nie pamiętam.
ad 1. Zima uderzyła jak jasna cholera, w biały dzień słupek rtęci wskazał ni stąd ni zowąd -25 stopni w skali pana Celsjusza. Czapka, szal, dwa swetry w tym jeden wełniany, kaptur z futrem, dżinsy, rajtuzy (rozważyć trzeba dwie warstwy tych ostatnich), buty typu kloszard, rękawice bokserskie. Szczerze? Na dworze daje radę ten system. Z tramwajami nie wypala. Trzeba nad tym popracować.
ad 2. Pracę sobie podaruję z opisem, bo praca to tylko w godzinach pracy i nie że boli, czas się tego nauczyć, tego w sensie szacunku do siebie. Praca to praca, Agnieszka to Agnieszka. Generalnie niech podsumowaniem będzie stwierdzenie: w pracy - jak zwykle. Bez zmian. Raz lepiej raz gorzej, emocji nie brakuje. Dobra, miałam pominąć temat.
ad 3. Od 1 lutego powiększyłam swój majątek, do wspomnianych już na tym blogu: suszarki ,ekspresu do kawy i depilatora między innymi, czas dorzucić mieszkanie, a konkretnie połowę mieszkania. Tak. Jestem bogata. Nie sądziłam, że kiedyś to nastąpi, aż się boję następnego kroku :P.
ad 4. Ceremonia corocznego oglądania oscarowych filmów zainaugurowała się również jakoś tak w zeszły tydzień. NA bilansie mam dopiero 3 filmy, ale staram się. Ogółem lista liczy 23 filmy (jeden nieoscarowy - "Rzeź" Polańskiego). Będziem obserwować czy wytrwam w postanowieniu i ile uda mi się obejrzeć do Gali.
ad 5. A książki? Ależ Ty wariatko uwielbiasz konkursy i rankingi... No już 7 przeczytanych w tym roku, idziemy jak burza :P
ad 6. Więcej grzechów nie pamiętam.
20120102
Kradzione nie tuczy..
Czas zaktualizować stronę do roku 2012, no więc Witojcie Baco w dwutysięcznymdwunastym. Biorąc pod uwagę ubiegłoroczne postanowienia w tym roku postanowień nie będzie, bo to żenada, żena i w ogóle pomysł do bani co by ustalać zasady i ich się nie trzymać. A szkoda. Mogło być tak pięknie. Prawo jazdy zakończone, znaczy się kurs, egzamin po dwóch nieudanych próbach leży i woła o pomstę do nieba, po dodatkowych krótkich lekcjach z niejakim panem J. doświadczyłam niezwykle przekonującego poczucia beznadziejności jako kierowca. Po polskiemu mówiąc nie dla psa kiełbasa. Żałuję, bardziej tego że inni żałują, że nie doprowadziłam sprawy do końca. No ale, może kiedyś. Inna kwestia, czy sie zmieniłam przez ten rok? No trochę upewniłam swoją pewność siebie na pewno, rozwinęłam w pracy także, a jakże, zarobiłam trochę więcej, co więcej. Jestem na drodze budowania "gniazdka" z jak to mówią TŻ. Walerian się oświadczył, tak więc nowy piękny okres przed nami. Zobaczymy jak będzie.
A studia? Nie, o tym nie napiszę.
Książki? Z ambitnego planu 52 książek/year dobrnęłam w bólach i jękach do 25.
Słowem niczego nie zawdzięczam sobie samej w tym roku.
I po co się dobijać już na samym początku? Żeby na koniec roku siąść i płakać nad tym jakim się jest beznadziejnym przypadkiem?
A studia? Nie, o tym nie napiszę.
Książki? Z ambitnego planu 52 książek/year dobrnęłam w bólach i jękach do 25.
Słowem niczego nie zawdzięczam sobie samej w tym roku.
I po co się dobijać już na samym początku? Żeby na koniec roku siąść i płakać nad tym jakim się jest beznadziejnym przypadkiem?
20110826
taki sobie piątek, dwudziestego któregoś sierpnia roku pańskiego 2011, że niby weekend
No dobra, to coś napiszę. Coś, może być głupie i pozbawione sensu. Nie ważne, nie istotne, no importa. Dobra. Napiszmy coś.
Acha, chciałam powiedzieć że jedno z zagadnień jakie sobie na ten rok zleciłam zostało poniekąd spełnione, nie, nieeeeee, prawa jazdy nie mam, wezmę się za to, kurwa, wezmę. Chyba. Jak się uporam z resztą życia. Chyba. Może. Mejbi, bejbi. Bez żartów. Tak, tak... Znaczy się inny punkcik możemy PONIEKĄD odhaczyć, albo inaczej, zaptaszyć. To coś o studiach i inwestowaniu w nową lepszą siebie. Taaak, Agutek od październiksa będzie znowu studentem. HA! Tym razem studentem politechniki śląskiej, proszęjaciebie. Jak ładnie? dobra, zajebista jesteś dziewczyno, ale jak Ty ze swoją bystrością w matemtyce rodem wody w kiblu, poradzisz sobie na takiej ważnej i dużej uczelni, Ty mała, głupia dziewczynko, bezmóżdże cycaste Ty (urosły mi cycki ostatnim czasem musicie wiedzieć), no jak, siępytam?
Nie spróbuję, nie dowiem się, będzie wesoło. No i może męża znajdę.
Acha, chciałam powiedzieć że jedno z zagadnień jakie sobie na ten rok zleciłam zostało poniekąd spełnione, nie, nieeeeee, prawa jazdy nie mam, wezmę się za to, kurwa, wezmę. Chyba. Jak się uporam z resztą życia. Chyba. Może. Mejbi, bejbi. Bez żartów. Tak, tak... Znaczy się inny punkcik możemy PONIEKĄD odhaczyć, albo inaczej, zaptaszyć. To coś o studiach i inwestowaniu w nową lepszą siebie. Taaak, Agutek od październiksa będzie znowu studentem. HA! Tym razem studentem politechniki śląskiej, proszęjaciebie. Jak ładnie? dobra, zajebista jesteś dziewczyno, ale jak Ty ze swoją bystrością w matemtyce rodem wody w kiblu, poradzisz sobie na takiej ważnej i dużej uczelni, Ty mała, głupia dziewczynko, bezmóżdże cycaste Ty (urosły mi cycki ostatnim czasem musicie wiedzieć), no jak, siępytam?
Nie spróbuję, nie dowiem się, będzie wesoło. No i może męża znajdę.
20110427
Tadam!
Pogrążona w niebycie święcę wolny dzień, czyli tezetwu "day off". Jest mi dobrze, gdyby tak szybko nie mijał byłoby lepiej, ale lepsze jest wrogiem dobrego.. więc cieszmy się tym co mamy. A co mamy? Otóż drodzy państwo mamy nowy, właściwie pierwszy w życiu, Ekspres ciśnieniowy do kawy. Boziu, nie wiem po co, nie pytajta. Drogą zakupu wzbogaciłam się o kolejną rzecz, która stanowi mój własny majątek osobisty (obok dwóch komputerów, roweru, suszarki do włosów, odtwarzacza mp3, depilatora i tostera, jak również czerwonego stolika from ikea za 20 zeta pln, ale on się w sumie nie liczy, bo równie dobrze wszystkie moje majtki stanowią mój majątek osobisty - oczywiście musiałam sama siebie zbesztać), a której nie mam nawet komu w spadku zostawić. No cóż, tak bywa.
Nadal nie wymyśliłam co zrobić z W. więc także nie pytajcie.
Nadal nie wymyśliłam co zrobić z W. więc także nie pytajcie.
20110425
Jednak będę wolała kota...
Moje życie dzisiaj posunęło się naprzód. Mogę do swojej biografii dopisać obejrzenie "Śniadania u Tiffaniego" i pokochanie tegoż filmu i głównej bohaterki. Nie będę jedyna która stwierdzi, że z bohaterką wiele mam wspólnego, szczególnie fragment w którym mówi się o niej "gdziekolwiek byś nie uciekła, zawsze wpadasz na siebie".. czy jakoś tak. Święta chylą się już ku końcowi, następnym razem muszę pamiętać by nie wiązać tego czasu z nikim i niczym poza sobą. Gdyż kolejny raz, chociaż prawdą jest że już wczoraj miałam przeczucie, że tak się to skończy, skończyłam sama ze sobą w pustym pokoju. Własnym pokoju, dodam. Nawet nie będę myślała co by z tym zrobić, po co? Zwykle nie daje to żadnego efektu i kończy się tylko jeszcze gorszym, jeśli to możliwe, postrzeganiem własnej osoby. Do tego moja własna wspaniała rodzina, która zajmuje miejsce czołowe jeśli chodzi o subtelność, uzmysławia mi co krok, że beznadziejny przypadek ze mnie. Nie dość że z życiem sama sobie nie radzę, to daję się nabijać w butelkę innym. Prawda jest taka że jesteś głupią cipą, proszę pani. Robisz wokół siebie małe halo w postaci "patrzcie jaka ze mnie wolna dusza, mam wszystko gdzieś" i "mam klasę, spadówa", a tak naprawdę wszystko to, Ty i cała Twoja otoczka jesteś funta kłaków nie warta.
Nadal nie mam pomysłu jak to rozwiązać. Może po prostu tego nie da się rozwiązać i trzeba będzie przeciąć. Tak, lubimy te (melo)dramatyczne rozwiązania.
Nie, nie będę się użalać nad sobą.
Nadal nie mam pomysłu jak to rozwiązać. Może po prostu tego nie da się rozwiązać i trzeba będzie przeciąć. Tak, lubimy te (melo)dramatyczne rozwiązania.
Nie, nie będę się użalać nad sobą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)